0

Scena warta zapamiętania

Każdy ma parę scen fil­mo­wych, które z jakiś powo­dów tkwią w jego pamięci. Oto jedna z takich wła­śnie scen, która zapa­dła w mojej.

Na kre­mo­wo­bia­łych ścia­nach tań­czą jasne odbla­ski pro­mieni świec. W cie­płym pół­mroku, zie­lony sto­lik oplata krąg por­ce­la­no­wych ludz­kich twa­rzy. W tle deli­katne liryczne zawo­dze­nie skrzy­piec nada­jące cało­ści oni­rycz­nego cha­rak­teru. Salę co chwilę prze­szy­wają deli­katne piski pod­nie­co­nej widowni i wyraźny „fran­cu­ski” głos krupiera.

Spoj­rze­nie przy­ciąga dama w kape­lu­szu z wiel­kim bia­łym pió­rem. Jest jakby odcięta od całej sceny, jesz­cze bar­dziej nie­ru­choma i sta­tyczna. Obok niej sie­dzi tajem­ni­czy jego­mość o mozar­tow­skiej apa­ry­cji. Jego deli­katne ski­nie­nia suge­rują jakąś więź mię­dzy tymi ludźmi. Jed­nakże wzrok damy przy­ciąga męż­czy­zna sie­dzący naprze­ciw. Ich spoj­rze­nia deli­kat­nie krzy­żują się prze­no­sząc widza do tego małego kawałka ich intym­no­ści. Cała gama emo­cji wędruje po cien­kiej linii mię­dzy spoj­rze­niami kochan­ków. Sytu­acja zostaje wyraź­nie dostrze­żona przez towa­rzy­sza sie­dzą­cego obok. Dama paro­krot­nie opusz­cza wzrok. Męż­czy­zna z naprze­ciw podaje żetony – jaki błahy i nic nie­zna­czący gest, a jed­nak w tym wypadku jest namiastką fizycz­nego kon­taktu… Z jakim pie­ty­zmem kochanka odbiera tę parę krąż­ków chło­nąc resztki cie­pła na nich pozo­sta­wione. Cóż za bogac­two barw i sygna­łów. Zresztą zobacz­cie sami.

Sku­pie­nie się tylko na jed­nym frag­men­cie z filmu pt. Barry Lyn­don (bo o sce­nie z niego była mowa), to istne świę­to­kradz­two. Nie­mal trzy­go­dzinne dzieło Stan­leya Kubricka, będąc jed­no­cze­śnie naj­mniej kubric­kowe w twór­czo­ści tego reży­sera, wciąga widza niczym sucha gąbka wodę.

Opo­wie­dziana z polo­tem histo­ria irlandz­kiego mło­dzieńca, któ­remu udało się wedrzeć naj­pierw w woj­skowe łaski, a następ­nie do samej ary­sto­kra­cji, zasłu­żyła sobie na cztery sta­tu­etki Oscara, m.in. za zdję­cia i ścieżkę dźwię­kową. W kwe­stii tych pierw­szych warto wspo­mnieć, że wewnątrz pomiesz­czeń uży­wane było jedy­nie natu­ralne, tj. świe­cowe, oświe­tle­nie. Pozwo­liło to stwo­rzyć wiele kli­ma­tycz­nych scen, takich jak ta powy­żej oraz dosko­nale wpa­so­wać się w kli­mat XVIII wieku.

– Piotr Sochalewski

Komentarze (0) Trackbacki (0)

Skomentuj jako pierwszy!


Zostaw komentarz

*

Przeczytaj poprzedni wpis:
Angel Beats!

Czy można zrobić anime pełne akcji, strzelanin i broni białej, w którym nikt nie ginie? Pewnie, że można. Ba, spokojnie...

Stephen King – Czarna bezgwiezdna noc

Wielkie nazwisko zobowiązuje. Ponad pięćdziesiąt wydanych powieści i kilka zbiorów opowiadań nobilitują. Z jednej strony dają pewność sukcesu, przynajmniej komercyjnego,...

Zamknij